Cztery miesiące temu znikłam dla znajomych i dla świata. Szukałam drugiej połówki za pośrednictwem Internetu. Znalazłam ... a przynajmniej tak mi się wydawało. Przystojny, wykształcony, dojrzały życiowy, po rozwodzie i też z dzieciakami. Był dla mnie zbawieniem, ponieważ uważałam, że nikogo nie zainteresuje kobieta po rozwodzie z dwójką dzieci. A tu proszę, za całej masy napalonych facetów szukających przygody, znalazł się kilkaset kilometrów ode mnie Pan, który mnie pokochał.
Pierwsza randka, jak w najlepszym scenariuszu z Hollywood. Dzień po katastrofie samolotu rządowego, 12 w południe, Polska się zatrzymała, syreny wyją, a my w tuleni w siebie z uśmiechem na twarzy nieśmiało się całujemy. Później było tylko romantycznie – spacer w deszczu, herbatka w stylowej knajpce, obiad, drink i na koniec gorące pożegnanie na peronie.
Co miesiąc wydawałam majątek na rachunek telefoniczny, ale co tam, miłość jest nie przeliczalna. Byłam szczęśliwa, miałam kogoś, kto zasypiał i budził się z myślą o mnie, pomimo tego, że mieszkaliśmy daleko od siebie to mieliśmy plan by być razem.
Mój mózg czasami dawał mi sygnały i zapalał czerwona lampkę, że coś jest nie tak z tym facetem. Myślałam – nie mogę być wybredna, przesadzam z tą intuicją, bo cóż wielkiego się stanie, gdy moje opowiedziane sny po tygodniu staja się jego przeżyciem, albo przygody, które mi się przytrafiły w ciągu trzydziestu lat, po jakimś czasie spotykają jego znajomych. Zbieg okoliczności? Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś ma po prostu nudne życie, nic się nie dzieje i tylko droga na Ostrołękę, a jakoś trzeba zaimponować kobiecie, ale żeby kraść wspomnienia, doznania i sny – jej samej!
Zirytowałam się, gdy rozpoznałam w nim totalnego pantoflarza. Lubię mężczyzn którzy mają swoje poglądy i ich bronią, a nie powiewają jak im dmuchnę. Spotkaliśmy się rzadko, za to codziennie rozmawialiśmy godzinami przez telefon. Gdy wyjechałam z dzieciakami na urlop, odpoczęłam od ciągłej kontroli telefonicznej. Wysypiałam się, bo nie rozmawiałam do późnych godzin nocnych i wtedy zrozumiałam, że ten Pan nie jest mi pisany.
To dobry człowiek, ale osaczył mnie. Uzależnił mnie od siebie, od pięknych słówek, od cudownej wizji przyszłości, od komplementów i troski, której brakowało mi w małżeństwie. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nasze drogi się rozchodzą, gdy postawiona pod ściana, miałam zadecydować czy ma sprzedawać swoje mieszkanie czy też nie, bo on chce się przeprowadzić i być bliżej mnie.
Wycofałam się z tego związku. I gdy powiedział, że mnie rozumie, wydało mi się to zbyt piękne. Nie myliłam się, stosuje szantaż emocjonalny, który na mnie nie działa – na szczęście.
Teraz wiem, że to była tylko potrzeba miłości do zaspokojenia pustki w sercu po rozwodzie.